Hej Kochani!
Tak wiem wiem, czas najwyższy na relację z Laponii to był już tydzień temu, ale mieliśmy ważną wizytację - przyjechali do nas szacowni goście ze Szwecji, więc nie było czasu na bloga. Postaramy się nadrobić zaległości. :) Zapraszam do lektury.
do tematu, po dotarciu na miejsce uderzyły nas najbardziej dwie rzeczy: temperatura (chociaż zaraz po naszym przyjeździe było tylko -10, od tamtej pory było już tylko gorzej) oraz standard naszego domku (w sensie jak najbardziej pozytywnym).
Otóż w domku, oprócz fantastycznego towarzystwa, z którym właściwie nie rozstawaliśmy się popołudniami i wieczorami ani na moment, i "dzięki" któremu co noc siedzieliśmy do 3 - 5 nad ranem rozmawiając (często w saunie, a jak widać na zdjęciach niektórzy szaleńcy również poza nią - w śniegu), zastaliśmy również w pełni wyposażoną kuchnię (było dosłownie wszystko, czego tylko można by się było spodziewać w kuchni, nawet parę narzędzi, które nie wiedziałam do czego służą, ale może ja nie jestem najlepszą gospodynią :)), kominek, wspomnianą wyżej saunę, patio, tv z dvd (była nawet płyta DVD z instrukcją obsługi kominka), itd. Najlepiej widać to wszystko na zdjęciach. Co do towarzystwa to składało się ono z 2 Brytyjczyków, 2 Francuzek i 1 Francuza (a właściwie mieszkańca Bretanii - zawsze mówił: "I'm from Britney!", co nas nieustająco bawiło :) i podkreślał, że Bretania różni się bardzo od reszty Francji) oraz nas. Prawie codziennie Anglicy stawali na wysokości zadania i przygotowywali prawdziwe English breakfast. Wieczorami natomiast Francuzki zajmowały się późną kolacją na ciepło. Początkowo zachowywaliśmy pewną zakupowo-spożywczą odrębność, ale w końcu włączyliśmy się do przygotowań i gotowania, a z największą radością oczywiście też do jedzenia :)
Miaste
czko, w którym byliśmy nazywa się Levi i jest najmodniejszym kurortem narciarskim Finlandii. Nie dajcie się jednak zwieść tym szumnym określeniom - 3 domy na krzyż, jeden stok (razem 18 wyciągów, z czego połowa nie działała), który można spokojnie zwiedzić cały w dzień lub dwa, jeden supermarket, kilka hoteli i sklepików z pamiątkami oraz chatki, takie jak ta, w której mieszkaliśmy, rozrzucone po lesie wokół "centrum". Poza nami nie było tam zbyt wielu turystów (ale nasza wycieczka liczyła 100 osób, więc populacja Levi po naszym przyjeździe wzrosła przynajmniej pięciokrotnie ;), w dodatku byli z nami Hiszpanie i Włosi, więc wydawać by się mogło, że jest nas jeszcze więcej - oni są szalenie głośni). W drodze powrotnej wyszło na jaw co Hiszpanie nazywają demokracją - kto najgłośniej krzyczy ten jest wysłuchany i jego żądania zostają spełnione. Hałaśliwe towarzystwo nie zburzyło jednak ciszy i spokoju jakie panują w Laponii. Gruba warstwa śniegu znakomicie tłumi wszelkie odgłosy, oszronione drzewa tworzą bajkową atmosferę, a tu i ówdzie można spotkać biegające wolno renifery. Akurat mieliśmy z Kuba to szczęście, że wychodząc na spacer natknęliśmy się na trzyosobową rodzinkę, dosłownie 30 m od naszego domku. Nawet się nie spłoszyły, spojrzały zaciekawione jak w pośpiechu wyjmuję aparat i pobiegły z powrotem do lasu. Jak się potem okazało (tak opowiedziała nam nasza Finka) każdy renifer w Laponii do kogoś należy, są znakowane klipsem na uchu, ale biegają wolno. Raz do roku wszystkie są naganiane jakoś w jedno miejsce i rozdzielane chyba tylko po to, żeby za chwilę znowu puścić je wolno. Dziwny kraj :)
Z zaplanowanych atrakcji mieliśmy jeden dzień na nartach, wycieczkę na skuterach śnieżnych oraz wizytę w barze karaoke. Niektórzy nasi współlokatorzy wykupili też wycieczkę zaprzęgami husky. Zdjęcia, które zamieściliśmy są nie tylko nasze, dokładniej rzecz ujmując w większości nie nasze, więc możecie też zobaczyć tam husky, ale nas tam nie było :)
Muszę powiedzieć, że narty ucieszyły nas umiarkowanie. Mieliśmy zastrzeżenia co do oznaczeń stoku, przygotowania tras i powiadamiania o zamkniętych wyciągach (dopiero po zjeździe trasą na dół okazało się, że nie mamy jak stamtąd podjechać z powrotem na górę, musieliśmy nieść narty przez pół kilometra!). Mnie przeszkadzały również ogromne billboardy, które zmuszały nas do oglądania reklam podczas wjazdu wyciągiem na górę. Wszystko to prawdopodobnie uszłoby naszej uwadze, gdybyśmy mogli naprawdę cieszyć się samym jeżdżeniem, niestety - nauczka na przyszłość - nie idź zjeżdżać jak jest -25 stopni. Momentami zamarzaliśmy na kość, aż przestawaliśmy czuć nos albo palce u rąk. Po chwili czucie wracało, głównie czucie bólu. Mimo tysiąca warstw różnych ubrań i tak było po prostu zimno. W dodatku toalety na stoku były w opłakanym stanie - patrz zdjęcie ;)
Fantastycznym przeżyciem było natomiast "skuterowe safari". Trudno jest mi to dobrze opisać, bo właściwie przychodzą mi na myśl tylko słowa: ekscytujące, niesamowite i super. Wiem, to niezbyt dużo i jeszcze mniej elokwentnie, ale cóż... Po przygotowaniu i krótkim instruktażu wyruszyliśmy w kilkanaście skuterów, w ciemną, cichą noc (start był o 17). Jechaliśmy przez lasy i po zamarzniętym jeziorze (niekiedy aż 80 km/h!), odwiedziliśmy też farmę reniferów (widzieliśmy z bliska tylko jednego, reszta już pewnie grzecznie spała), na której uraczono nas kubkiem ciepłego kakao i pączkiem. Zaraz po powrocie do bazy już kombinowaliśmy z Kubą czy by się nie szarpnąć na jeszcze dwie godzinki, już sami, innego dnia, ale w końcu zrezygnowaliśmy. Jedno jest pewne - jak jeszcze będę miała okazję to na pewno skorzystam i Wam też polecam gorąco.
Osobnego komentarza wymaga Rovaniemi. Jadąc do Levi zatrzymaliśmy się w miasteczku Św. Mikołaja. Muszę przyznać, że na pierwszy rzut oka wygląda bardzo ładnie - świąteczne dekoracje, podświetlane na kolorowo, geometryczne rzeźby z lodu oraz znaki uświadamiające nam, że jesteśmy na kole podbiegunowym... ale po kilkunastu minutach spędzonych tam, jak już zmarzliśmy dostatecznie, żeby się schować gdzieś do środka, okazuje się, że to czysta komercja. W każdym jednym budynku (niby jeden z nich to poczta, inny to biuro a jeszcze inny to muzeum) jest sklepik z pamiątkami i droga (nawet bardziej niż zwykle) kawiarnia. Jest nawet małe centrum handlowe ze sklepami, w każdym oczywiście mniej więcej to samo. Trochę szkoda... Jeden sklep różnił się od innych pewnym optymistycznym akcentem, który jak tylko pr
zekroczyliśmy próg przywitał nas merdając ogonem i domagając się pieszczot :) Nie chcę sobie nawet wyobrażać co tam się dzieje przed świętami! Obok - dla poprawy Waszego humoru - nasze ulubione zdjęcie z tego miasteczka :)
W drodze powrotnej natomiast mieliśmy dwugodzinną (!!!) przerwę na obiad w "mieście" Rovaniemi. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie to, że była niedziela i wszystko było pozamykane oraz (jak zawsze) było zimno i padał śnieg :) No i żebyśmy nie musieli się za bardzo nachodzić autokar zaparkował tuż przy McDonaldzie (przy okazji - jedliśmy w najdalej wysuniętym na północ McDonaldzie świata). W dodatku (przed czym ostrzegł nas już wcześniej Marek) tam naprawdę nie ma co zwiedzać. Można tylko pstryknąć parę głupawych fotek na skwerze Lordi (fińscy zwycięscy Eurowizji sprzed paru lat). Chociaż muszę powiedzieć, że mi się całkiem fajnie udało - pogadałam z Mamą przez skypa (z komórki) w kafejce z internetem bezprzewodowym, to zawsze jest miłe :)
Gdy zaczynałam pisać tego posta wydawało mi się, że nie mam za dużo do powiedzenia. Widzę jednak, że całkiem długaśna opowieść powstała, mam nadzieję, że Was nie zamęczyłam. Polecam jak zwykle zdjęcia, które Kuba właśnie dzielnie sortuje i dopracowuje. Jest ich sporo, ale najlepiej oddają atmosferę Laponii.
Pozdrawiamy z gorącego Turku :)
poniedziałek, 23 lutego 2009
Laponia
Wracając
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
No to następuje mój najdłuższy w karierze komentarz:
OdpowiedzUsuńRovaniemi:
- bałwany to szczyt kiczu
- zdjęcie latarni #15 jak w "Lew, czarownica i stara szafa"
- "jak już zmarliśmy dostatecznie" to czuliście się nieco sztywno? :P pierwszy raz udało mi się złapać Ciebie Asiu (chyba że Ciebie Kubo?) na potknięciu językowym :D
- "mi się całkiem fajnie udało - pogadałam z Mamą (...) w kafejce z internetem bezprzewodowym" mówiłem że nic tam nie ma, ale żeby jechać do Laponii aby skorzystać z netu? :P
- "welcome to the world's northest McDonald" - Finlandia na mojej liście #2 za USA w tandecie
Levi:
- płyta DVD z instrukcją obsługi kominka - priceless, powinny być do tego ryty skalne z instrukcją obsługi DVD; swoją drogą jak to świadczy o ludzkości, że umie obsługiwać dewede, a ognia nie potrafi rozpalić :/
- "dopiero po zjeździe trasą na dół okazało się, że nie mamy jak stamtąd podjechać z powrotem na górę" haha, powinien w ogóle działać wyciąg w dół, a pod górę zawsze piechotą, jak z MP
- billboardy na trasie wyciagu - nowy #1: Finlandia prześciga na mojej liście komercji i tandety USA
- zamarznięte toalety - priceless i ten wielki elektroniczny wyświetlacz a la Urząd Miasta - priceless^2
- "jungle speed"? - wygląda jak coś z kartami, pewnie jak speed w którego grało się w liceum? bo już myślałem że to coś bliżej "wikinga" ;)
- zdjecie #57 super, super
- zdjęcie #58: nie śmiejcie się! toż to metropolia, jak na Laponię!
- bar w zamku - ciekawe czy mają whiskey z lodem?
- bar w zamku - ciekawe jak po tym blacie kufle z piwem jeżdżą :)
- zdjęcie # 117 - priceless
ciepło ściskam, Marek
Musze od razu szybko cos odpowiedziec na te Twoje tandetowe zapedy - McDonalds jest amerykanski, wiec chyba Finowie nie mieli duzo do powiedzenia w kwestii "world's northest mcdonald" - mysle, ze to nalezy zaliczyc USA na minus i w ten sposob znowu odzyskuja swoje nalezne 1. miejsce w tandecie i komercji :)
OdpowiedzUsuńZdjęcie "super, super" - 57 czy 59 miales na mysli? :)
co do reszty to sie z Toba zgadzam i bardzo dzieki za taki wyczerpujacy komentarz, super! :*
Dobrze, niech będzie zaszczytne #2 dla Finlandii, w końcu Amerykance lubią być numero uno we wszystkim, chociaż całe Rovaniemi
OdpowiedzUsuńNie będę wybrzydzał - obydwa zdjęcia są fajne.
A w ogóle to strasznie Wam zazdroszczę i nawet dałbym sobie co nieco odmarznąć za taki wyjazd ;)