poniedziałek, 23 lutego 2009

Laponia

Hej Kochani!

Tak wiem wiem, czas najwyższy na relację z Laponii to był już tydzień temu, ale mieliśmy ważną wizytację - przyjechali do nas szacowni goście ze Szwecji, więc nie było czasu na bloga. Postaramy się nadrobić zaległości. :) Zapraszam do lektury.

Wracając do tematu, po dotarciu na miejsce uderzyły nas najbardziej dwie rzeczy: temperatura (chociaż zaraz po naszym przyjeździe było tylko -10, od tamtej pory było już tylko gorzej) oraz standard naszego domku (w sensie jak najbardziej pozytywnym).
Otóż w domku, oprócz fantastycznego towarzystwa, z którym właściwie nie rozstawaliśmy się popołudniami i wieczorami ani na moment, i "dzięki" któremu co noc siedzieliśmy do 3 - 5 nad ranem rozmawiając (często w saunie, a jak widać na zdjęciach niektórzy szaleńcy również poza nią - w śniegu), zastaliśmy również w pełni wyposażoną kuchnię (było dosłownie wszystko, czego tylko można by się było spodziewać w kuchni, nawet parę narzędzi, które nie wiedziałam do czego służą, ale może ja nie jestem najlepszą gospodynią :)), kominek, wspomnianą wyżej saunę, patio, tv z dvd (była nawet płyta DVD z instrukcją obsługi kominka), itd. Najlepiej widać to wszystko na zdjęciach. Co do towarzystwa to składało się ono z 2 Brytyjczyków, 2 Francuzek i 1 Francuza (a właściwie mieszkańca Bretanii - zawsze mówił: "I'm from Britney!", co nas nieustająco bawiło :) i podkreślał, że Bretania różni się bardzo od reszty Francji) oraz nas. Prawie codziennie Anglicy stawali na wysokości zadania i przygotowywali prawdziwe English breakfast. Wieczorami natomiast Francuzki zajmowały się późną kolacją na ciepło. Początkowo zachowywaliśmy pewną zakupowo-spożywczą odrębność, ale w końcu włączyliśmy się do przygotowań i gotowania, a z największą radością oczywiście też do jedzenia :)

Miasteczko, w którym byliśmy nazywa się Levi i jest najmodniejszym kurortem narciarskim Finlandii. Nie dajcie się jednak zwieść tym szumnym określeniom - 3 domy na krzyż, jeden stok (razem 18 wyciągów, z czego połowa nie działała), który można spokojnie zwiedzić cały w dzień lub dwa, jeden supermarket, kilka hoteli i sklepików z pamiątkami oraz chatki, takie jak ta, w której mieszkaliśmy, rozrzucone po lesie wokół "centrum". Poza nami nie było tam zbyt wielu turystów (ale nasza wycieczka liczyła 100 osób, więc populacja Levi po naszym przyjeździe wzrosła przynajmniej pięciokrotnie ;), w dodatku byli z nami Hiszpanie i Włosi, więc wydawać by się mogło, że jest nas jeszcze więcej - oni są szalenie głośni). W drodze powrotnej wyszło na jaw co Hiszpanie nazywają demokracją - kto najgłośniej krzyczy ten jest wysłuchany i jego żądania zostają spełnione. Hałaśliwe towarzystwo nie zburzyło jednak ciszy i spokoju jakie panują w Laponii. Gruba warstwa śniegu znakomicie tłumi wszelkie odgłosy, oszronione drzewa tworzą bajkową atmosferę, a tu i ówdzie można spotkać biegające wolno renifery. Akurat mieliśmy z Kuba to szczęście, że wychodząc na spacer natknęliśmy się na trzyosobową rodzinkę, dosłownie 30 m od naszego domku. Nawet się nie spłoszyły, spojrzały zaciekawione jak w pośpiechu wyjmuję aparat i pobiegły z powrotem do lasu. Jak się potem okazało (tak opowiedziała nam nasza Finka) każdy renifer w Laponii do kogoś należy, są znakowane klipsem na uchu, ale biegają wolno. Raz do roku wszystkie są naganiane jakoś w jedno miejsce i rozdzielane chyba tylko po to, żeby za chwilę znowu puścić je wolno. Dziwny kraj :)

Z zaplanowanych atrakcji mieliśmy jeden dzień na nartach, wycieczkę na skuterach śnieżnych oraz wizytę w barze karaoke. Niektórzy nasi współlokatorzy wykupili też wycieczkę zaprzęgami husky. Zdjęcia, które zamieściliśmy są nie tylko nasze, dokładniej rzecz ujmując w większości nie nasze, więc możecie też zobaczyć tam husky, ale nas tam nie było :)
Muszę powiedzieć, że narty ucieszyły nas umiarkowanie. Mieliśmy zastrzeżenia co do oznaczeń stoku, przygotowania tras i powiadamiania o zamkniętych wyciągach (dopiero po zjeździe trasą na dół okazało się, że nie mamy jak stamtąd podjechać z powrotem na górę, musieliśmy nieść narty przez pół kilometra!). Mnie przeszkadzały również ogromne billboardy, które zmuszały nas do oglądania reklam podczas wjazdu wyciągiem na górę. Wszystko to prawdopodobnie uszłoby naszej uwadze, gdybyśmy mogli naprawdę cieszyć się samym jeżdżeniem, niestety - nauczka na przyszłość - nie idź zjeżdżać jak jest -25 stopni. Momentami zamarzaliśmy na kość, aż przestawaliśmy czuć nos albo palce u rąk. Po chwili czucie wracało, głównie czucie bólu. Mimo tysiąca warstw różnych ubrań i tak było po prostu zimno. W dodatku toalety na stoku były w opłakanym stanie - patrz zdjęcie ;)

Fantastycznym przeżyciem było natomiast "skuterowe safari". Trudno jest mi to dobrze opisać, bo właściwie przychodzą mi na myśl tylko słowa: ekscytujące, niesamowite i super. Wiem, to niezbyt dużo i jeszcze mniej elokwentnie, ale cóż... Po przygotowaniu i krótkim instruktażu wyruszyliśmy w kilkanaście skuterów, w ciemną, cichą noc (start był o 17). Jechaliśmy przez lasy i po zamarzniętym jeziorze (niekiedy aż 80 km/h!), odwiedziliśmy też farmę reniferów (widzieliśmy z bliska tylko jednego, reszta już pewnie grzecznie spała), na której uraczono nas kubkiem ciepłego kakao i pączkiem. Zaraz po powrocie do bazy już kombinowaliśmy z Kubą czy by się nie szarpnąć na jeszcze dwie godzinki, już sami, innego dnia, ale w końcu zrezygnowaliśmy. Jedno jest pewne - jak jeszcze będę miała okazję to na pewno skorzystam i Wam też polecam gorąco.

Osobnego komentarza wymaga Rovaniemi. Jadąc do Levi zatrzymaliśmy się w miasteczku Św. Mikołaja. Muszę przyznać, że na pierwszy rzut oka wygląda bardzo ładnie - świąteczne dekoracje, podświetlane na kolorowo, geometryczne rzeźby z lodu oraz znaki uświadamiające nam, że jesteśmy na kole podbiegunowym... ale po kilkunastu minutach spędzonych tam, jak już zmarzliśmy dostatecznie, żeby się schować gdzieś do środka, okazuje się, że to czysta komercja. W każdym jednym budynku (niby jeden z nich to poczta, inny to biuro a jeszcze inny to muzeum) jest sklepik z pamiątkami i droga (nawet bardziej niż zwykle) kawiarnia. Jest nawet małe centrum handlowe ze sklepami, w każdym oczywiście mniej więcej to samo. Trochę szkoda... Jeden sklep różnił się od innych pewnym optymistycznym akcentem, który jak tylko przekroczyliśmy próg przywitał nas merdając ogonem i domagając się pieszczot :) Nie chcę sobie nawet wyobrażać co tam się dzieje przed świętami! Obok - dla poprawy Waszego humoru - nasze ulubione zdjęcie z tego miasteczka :)

W drodze powrotnej natomiast mieliśmy dwugodzinną (!!!) przerwę na obiad w "mieście" Rovaniemi. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie to, że była niedziela i wszystko było pozamykane oraz (jak zawsze) było zimno i padał śnieg :) No i żebyśmy nie musieli się za bardzo nachodzić autokar zaparkował tuż przy McDonaldzie (przy okazji - jedliśmy w najdalej wysuniętym na północ McDonaldzie świata). W dodatku (przed czym ostrzegł nas już wcześniej Marek) tam naprawdę nie ma co zwiedzać. Można tylko pstryknąć parę głupawych fotek na skwerze Lordi (fińscy zwycięscy Eurowizji sprzed paru lat). Chociaż muszę powiedzieć, że mi się całkiem fajnie udało - pogadałam z Mamą przez skypa (z komórki) w kafejce z internetem bezprzewodowym, to zawsze jest miłe :)
Gdy zaczynałam pisać tego posta wydawało mi się, że nie mam za dużo do powiedzenia. Widzę jednak, że całkiem długaśna opowieść powstała, mam nadzieję, że Was nie zamęczyłam. Polecam jak zwykle zdjęcia, które Kuba właśnie dzielnie sortuje i dopracowuje. Jest ich sporo, ale najlepiej oddają atmosferę Laponii.
Pozdrawiamy z gorącego Turku :)


Czytaj dalej...

sobota, 14 lutego 2009

Walentynki

Wiem, że to trywialne, komercyjne święto, ale i tak chcę Wam, Kochani, złożyć serdeczne życzenia Wszystkiego Najlepszego i Szczęścia w Miłości (każdym rodzaju miłości, bo jest ich naprawdę wiele) :) Prawda jest taka, że już za Wami tęsknię, niestety... albo na szczęście - jak kto woli. BUZIAKI!
Asia
Czytaj dalej...

piątek, 13 lutego 2009

Volvo : Ford - 1:3!

Hej!

Jak zapewne pamiętacie do przerwy Volvo prowadziło z Fordem 1:0. Po przerwie jednak dużo się zmieniło, głównie za sprawą odwiedzin u faceta zajmującego się wyceną szkód. Pierwszy plus jest taki, że nie jest on z ubezpieczalni tylko z niezależnej firmy, która robi wyceny dla kilku różnych ubezpieczalni, więc jest jakby bezstronny. Po drugie był to młody chłopaczek, bardzo zainteresowany tym po co przyjechaliśmy do Finlandii i jak nam się tu podoba. Wydaje się, że nas polubił. Napstrykał zdjęć szkód z każdej możliwej strony i powiadomił nas, że mamy do wyboru dostać kasę albo naprawić go u nich. Początkowo gorąco doradzał drugie rozwiązanie (bo jak się okaże, że chłodnica jest rozwalona to nie można nim wtedy jeździć...), ale im dłużej rozmawialiśmy tym jaśniejsze stawało się dla niego, że skoro jesteśmy z Polski, a samochód bardzo dobrze nadaje się do jazdy to może lepiej nam go będzie naprawić u nas. Zapytał się nawet ile u nas kosztuje godzina pracy mechanika samochodowego, bo u nich jakieś 70-80 euro (!!!). Zbyłam pytanie odpowiedzią, że tak naprawdę nie wiem, bo zawsze podają pełną kwotę, wraz z częściami i właściwie to się na tym nie znam. :) Koniec końców wybraliśmy pieniądze. Chłopak policzył nam prawie 250 euro za zderzak (u nas 200 zł), oba reflektory razem koło 350 euro (jak widzieliście na zdjęciach reflektory nie są stłuczone, właściwie są nietknięte tylko z tyłu, pod maską jakiś kawałek plastiku był ułamany), 2 albo 3 inne małe części, których nazw nie znam oraz ileś tam godzin pracy mechanika i - najlepsze - ocenił, że wymiana potrwa 4 dni i doliczył po 10 euro za każdy dzień, który będziemy bez samochodu (straty moralne? na autobus? nie wiem).
Razem wyszło tego 984 euro i tym samym mój samochód podwoił swoją wartość ! :)
Zaczęłam się nawet zastanawiać czy nie sprzedać go tutaj, chociaż to na pewno nie jest takie proste. Pieniądze częściowo pokryją nasz wyjazd do Laponii a druga, większa część będzie stanowiła dodatek dla mojego nowego autka w przyszłości. Aha! A chłodnica działa, bo trochę nim pojeździliśmy i wszystko jest w porządku, silnik się nie grzeje. Wiem, że niektórzy będą się o to martwili, więc od razu uspokajam :)

Czyli jednak mogą mi się przydarzyć historie z happy-endem :)

Pozdrawiamy


P.S. Dzisiaj na imprezie weźmiemy trochę zdjęć od ludzików z naszego domku, przejrzymy, wybierzemy i wrzucimy tutaj w najbliższym czasie.
Czytaj dalej...

wtorek, 3 lutego 2009

Wyjechani :)

Tylko taka krótka notka wyjazdowa. Jakbyśmy się podejrzanie długo nie odzywali (tzn. do końca przyszłego tygodnia ;) ) możecie założyć, że zamarzliśmy na kość gdzieś w daleeeekiej Laponii albo, że dogorywamy właśnie pod jakąś zaspą. Tu, w Turku zrobiło się zimno - rano było -14, teraz na szczęście tylko -2, ale tam, na północy sprawa wygląda nieco gorzej, na weekend przewidują mrozy do -20, ale znajomy Fin powiedział, że i -30 czy -40 jest prawdopodobne. Uau! Mi już się skończyły pomysły na kolejne warstwy ubrań, ale pewnie jak przyjdzie co do czego... mówi się przecież, że potrzeba matką wynalazku. Na zdjęciu to, co marzy mi się zobaczyć :) Wszystko opowiemy po powrocie. A teraz pora się zmywać, autokar nie zaczeka, no i mamy 1200 km do przebycia. Pozdrawiamy
Czytaj dalej...

poniedziałek, 2 lutego 2009

Łyżwy


Osobny post należy się Gali zamykającej Europejskie Mistrzostwa w łyżwiarstwie figurowym na lodzie. Odbywała się ona w Hartwall Arenie w Helsinkach, w niedzielę 25.01.2009. Niektórzy mnie już poinformowali, że nie rozumieją sportów, w których nie ma piłki i bramek (nie martw się Marku, to poniekąd zrozumiałe ;)), ale jest też na pewno przynajmniej jedna osoba, którą ta dyscyplina jak najbardziej interesuje - zwłaszcza soliści, prawda Kłapouszku? ;)

Generalnie rzecz biorąc nie trzeba było dużo rozumieć i wiedzieć, bo Gala rządzi się swoimi prawami - jak Kuba słusznie zwrócił uwagę - ze względu na duże ryzyko kontuzji nie skaczą aż tak dużo, a przynajmniej robią w powietrzu jeden obrót mniej niż wtedy, kiedy jeżdżą "na punkty". ALE, aby to wynagrodzić pozwalają sobie na dużo swobodniejszą choreografię i używają rekwizytów, które normalnie albo nie są dozwolone albo są, ale ze ścisłymi restrykcjami. Mieliśmy w związku z tym Francuza na nartach (tak, tak na nartach, nie na łyżwach) - był to zdecydowanie najciekawszy występ, możecie go zobaczyć tutaj: Yannick Ponsero - gorąco polecam nawet nie zainteresowanym ;) Ponadto była też łyżwiarka z szarfą oraz mój ulubieniec - Brian Joubert z pluszowym serduchem :) Sweet... On jako złoty medalista jechał dwa razy: pierwszy, bardziej sentymentalny i powolny, z tym serduszkiem właśnie, jako podziękowanie dla fanów oraz drugi, bardzo żywiołowy i zabawny - też warto zobaczyć (tu: Brian Joubert cz.2 - przepraszamy za rosyjski komentarz ;)). Jak widać na filmikach bardzo ładnie oświetlili lód, każdy występ miał inne kolory i wzory, które poruszały się w tempie muzyki. Choć siedzieliśmy raczej daleko to wszystko było dobrze widać i emocje towarzyszące oglądaniu takiego spektaklu na żywo są zdecydowanie nie do porównania z tymi przed telewizorem. Organizatorzy zadbali też o to, żeby widzom nie dłużyły się przerwy i zaprezentowali nam na telebimach 2 zmontowane specjalnie na tą okazję filmiki - urywki różnych występów łyżwiarskich z dopasowaną odpowiednio (sugestywnie) muzyką. Na Gali zaprezentowało się po 5 najlepszych z każdej kategorii (soliści, solistki, pary taneczne i pary sportowe) plus Fin i para fińska, którzy się do pierwszej piątki nie załapali. Na dokładkę były dwa występy młodocianych - 8-latki oraz 8-latka. Mocnym akcentem na koniec była choreografia z udziałem około 30 łyżwiarek zapoczątkowana żąglerką ogniem a potem symbolicznym zgaszeniem znicza.

Wśród kibiców oczywiście największą grupę stanowili Finowie, którzy mieli się niewątpliwie z czego cieszyć, bo wśród solistek Finki zajęły 1., 3. i 5. miejsce. Zaraz po ich występach na lód leciały tony pluszaków i kwiatów (kupowanych przy wejściu do Areny zresztą) także małe dziewczynki, które wjeżdżały na lód po występach, aby zbierać te prezenty miały ręce pełne roboty. Ponadto dało się słyszeć Rosjan, Francuzów i Włochów - oni też mieli komu tam kibicować. Polacy startowali w kategorii par sportowych (15. i 16. miejsce) i solistów (17.).

Link do zdjęć jak zawsze po prawej (bardzo przepraszamy za słabą jakość, ale z moim aparatem musieliśmy wybrać: albo sportowe albo nocne zdjęcia), a żeby zobaczyć ostateczną klasyfikację kliknij poniżej:

Mężczyźni:
1 Brian Joubert France 232.01 1 2
2 Samuel Contesti Italy 220.92 3 3
3 Kevin Van Der Perren Belgium 219.36 4 4
4 Yannick Ponsero France 219.30 9 1
5 Alban Preaubert France 212.22 5 5

Kobiety:
1 Laura Lepistö Finland 167.32 1 2
2 Carolina Kostner Italy 165.42 3 1
3 Susanna Pöykiö Finland 156.31 2 3
4 Alena Leonova Russia 143.99 11 4
5 Kiira Korpi Finland 139.01 7 6

Pary sportowe:
1 Aliona Savchenko / Robin Szolkowy Germany 199.07 2 1
2 Yuko Kawaguchi / Alexander Smirnov Russia 182.77 3 2
3 Maria Mukhortova / Maxim Trankov Russia 182.07 1 4
4 Tatiana Volosozhar / Stanislav Morozov Ukraine 171.34 4 3
5 Lubov Iliushechkina / Nodari Maisuradze Russia 147.84 5 5

Pary taneczne:
1 Jana Khokhlova / Sergei Novitski Russia 196.91 1 1 1
2 Federica Faiella / Massimo Scali Italy 186.17 2 2 4
3 Sinead Kerr / John Kerr United Kingdom 185.20 3 3 3
4 Nathalie Pechalat / Fabian Bourzat France 184.84 4 4 2
5 Anna Cappellini / Luca Lanotte Italy 172.67 7 6 5


Czytaj dalej...

niedziela, 1 lutego 2009

Helsinki


Dobra, przyszedł czas na Helsinki ;) Ponieważ w poście jest dużo zdjęć trzeba kliknąć "czytaj dalej", żeby go zobaczyć. Nie chcieliśmy, żeby się Wam główna strona bloga ładowała za długo.








Otóż Helsinki są naprawdę uroczym miasteczkiem. Całe centrum przeszliśmy praktycznie wzdłuż i wszerz parę razy a przecież byliśmy tam właściwie tylko jeden dzień! Pierwszego dnia sprzyjała nam pogoda, było mroźno i słonecznie, drugiego niestety była odwilż i strasznie mokro (buty mi przemokły całkowicie!). Niemniej jednak dzielnie maszerowaliśmy, żeby jak najwięcej wynieść z tego krótkiego pobytu (oprócz ketchupu i soli z McDonalda ;)).

Zwiedzanie zaczęliśmy od cerkwi - Soboru Uspieńskiego, ponieważ znajdował się na wysepce, na której mieliśmy hostel (z pokoju do centrum 10 minut piechotą - super!). Podobno jest to największa świątynia prawosławna na zachodzie.

Stamtąd udaliśmy się na Targ Rybny (Kauppatori) - przewodnik twierdził, że przy tym targu znajduje się Pałac Prezydencki. Byliśmy w tym miejscu dobrych parę razy i ten PAŁAC udało nam się znaleźć dopiero za ostatnim razem, ale to zostawię Wam na koniec. Jest tu również kamienny obelisk ze złotym orłem na szczycie zwany Kamieniem Carowej. Ale nie wiem dlaczego... ;) A także jacht - restauracja.


Następnym punkte
m na naszej trasie był plac Senacki i prawdziwy symbol Helsinek - ogromna, biała katedra luterańska Tuomiokikko. Przed nią wielkie schody - ulubione miejsce spotkań mieszkańców oraz świętowania Sylwestra. Przy placu znajdują się również: pomnik cara Aleksandra II, Uniwersytet, Biblioteka i Dom Senatu (tu miało miejsce jedyne w dziejach Finlandii zabójstwo polityczne - Starożytny Rzym, Grecja i Egipt mogą się schować ;)).


Dużą część spaceru poświęciliśmy poszukiwaniom kościoła ukrytego w skale. Po pewnym czasie kręcenia się w kółko zaczęliśmy podejrzewać, że to taki miejscowy żart i że wcale nie ma żadnego kościoła tylko się nabijają z turystów, ale jednak nie. Znaleźliśmy i trzeba przyznać, że zrobił na nas wrażenie. Na zdjęciu widać wnętrze kościoła.
Potem jeszcze się trochę pokręciliśmy - obejrzeliśmy Dom Finlandii (który wygląda jakby się tam znalazł przez przypadek - zupełnie nie pasuje do zabudowań miasta, bardziej by nam pasował do filmów Disney'a), Dworzec Główny (to nie to co Gdynia albo Centralny) z jego ciekawymi rzeźbami facetów trzymających kule (nie wiem co to ma oznaczać :) ) oraz parę innych po prostu ładnych budynków (Opera, Muzeum Sztuki Współczesnej, Poczta, Teatr).

Włożyliśmy też trochę wysiłku w odnalezienie pewnej rzeźby wykonanej na cześć najbardziej znanego fskiego kompozytora - Sibeliusa. Rzeźba nazywa się Passio Musiacae i została własnoręcznie zespawana przez twórczynię (!) - 24 tony stali! Przypłaciła to ciężką chorobą płuc. Nie wiem czy zdjęcie dobrze oddaje szczegóły, ale to, co może wydawać się szronem to w rzeczywistości jest faktura tej rzeźby utworzona właśnie z tych spawów. Nie wiem czy wytłumaczyłam to wystarczająco zrozumiale, ale się starałam ;)

W tym momencie
wycieczki byliśmy już naprawdę zmęczeni, ale oto w drodze do domu, w małym parczku tuż przy głównej ulicy (dosłownie tuż obok) natknęliśmy się na ciekawe zjawisko. Mała sztuczna, podgrzewana (!) sadzawka i w niej oraz wszędzie wokół kaczki! Super :) Chwilę się im poprzyglądaliśmy pewni, że już nic nas nie zaskoczy a tu nagle, 20 metrów od nas - królik! Niestety jego nie udało nam się uwiecznić na zdjęciu, bo smyknął do nory, pod śnieg... tak czy inaczej uważam, że to zdumiewające odkrycie jak na ścisłe centrum stolicy kraju. :)


Drugi dzień pobytu w mieście był już nieco spokojniejszy. Ja już się nie mogłam doczekać czekającej nas wieczorem Gali. Poszliśmy więc do Muzeum Designu gdzie obejrzeliśmy mnóstwo różnych przyrządów do herbaty (taką akurat mieli wystawę - Teematka ?). Przy wejściu do Muzeum znaleźliśmy kolejną katedrę, ale przewodnik milczy na jej te
mat. Mimo wszystko uważam, że jest urokliwa. Potem przeszliśmy się koło fontanny z posągiem syreny - Havis Amanda. Cytuję: co roku 1 maja tysiące studentów zbierają się tutaj na rozpoczęciu swego święta Vappu. Uczestnicy (niezbyt trzeźwi) w specjalnym balonie wznoszą się nad ziemię i zakładają syrence studencką czapkę."

Wpakowaliśmy się też przypadkiem w obchody nowego roku wg chińskiego kalendarza. Stąd w albumie zdjęcia chińczyków rzeźbiących w lodzie oraz tych chińskich smoków.

No i na koniec obiecany wcześniej Pałac Prezydencki, "przed którym pełnią wartę żołnierze w barwnych mundurach". Czy ktoś jeszcze się dziwi, że go przeoczyliśmy? ;) Cały czas wydawało nam się, że to jakiś baraczek, a tu taka niespodzianka! ;)


Pozdrawiamy

Czytaj dalej...